No! Kolejna aktywna doba za nami. Oczywiście, jak co dzień, większą część spożytkowaliśmy na "Litwince". Już o poranku część osób założyła narty lub deski po raz pierwszy I od razu pojechały na wyższe partie stoku spróbować swoich sił. Byłem to również ja. I, powiem szczerze, byłem bardzo przestraszony, kiedy podczas przerwy, pan Wrona powiedział: "No, Rosiu, zjedziemy na dół wyciągiem i przy orczyku (takim, który jest na wysokości połowy stoku, a do tej pory jeździliśmy tylko na oślich łączkach) dołączysz do tej grupy (i wskazał na tę bardziej zaawansowaną). Pomyślałem: "Ale jest Pan pewien?" No, ale do odważnych świat należy! Gdy już znalazłem się na szczycie (tego orczyku), spojrzałem w dół i pomyślałem, jak na grudziądzanina przystało: "No jo...". Na początku szło ciężko, ale po kilku zjazdach jakoś zaczęło iść, tzn. jechać.
Popołudnie spędziliśmy w Zakopanem, na słynnych Krupówkach. Zatłoczone jak zwykle, ale były też miłą odskocznią od nart. OdSKOCZNIĄ - po TURNIEJU CZTERECH SKOCZNI to bardzo modne słowo, w tych naszych Tatrach ????
A teraz odpoczywamy, bo jutro... ciąg dalszy nastąpi.
oprac. Roch Zygmunt
fot. Lucyna Knochowska - Supernak













